czwartek, 30 kwietnia 2015

Zagubiona

Dawno mnie nie było, oj bardzo dawno. Ale pogubiłam się w życiu i to tak bardzo, że do tej pory nie mogę się odnaleźć. Alkohol nie pomaga mi wcale, w zasadzie po nim jest jeszcze gorzej i odkryłam nowe, bardzo ciekawe zjawisko. Mianowicie po wódce robię się bardzo agresywna. A jak mówię "bardzo" to jest to naprawdę poważny problem. Dlatego postanowiłam zrezygnować całkowicie z tego trunku. (Hahahahahahaha) Whisky też pic nie mogę, bo po jednym łyku boli mnie strasznie żołądek. Nie wiem czy dorobiłam się wrzodów czy czego, nie mam zamiaru tego sprawdzać u lekarzy. Mam dość lekarzy na jakiś czas. Zdążyłam się na nich bardzo wkurzyć. Nie oznacza to, że dzisiaj pisze ten post świeża i czysta jak Anioł. Mam kaca po wczoraj jak stąd do Tokio, ale staram się go przetrwać.
Czekam na przelew bo kupuje nowy komputer. (Dodaj nowy-używany, bo wyjdziesz na bogacza) Ten jest takim złomem, że zanim się doczekałam aż się włączy na tyle, bym mogła odpalić przeglądarkę, musiałam poczekać pół godziny. No skandal. A przelewy idą bardzo powoli i zaraz się załamię bo w tym momencie powinnam być gdzieś indziej, bo umówiłam się z moim cudownym kolegą. Ale muszę filować przy tym złomie i sprawdzać ciągle stan konta. Aby się nie załamać włączyłam sobie największe hity Brendy Lee. (Teraz i tak leci Best 80's Love Songs) Trochę pozytywnej energii muszę mieć, inaczej padnę na mordę.
A co się stało wczoraj, że wyszłam na miasto? Ano od marca pracuję, moje życie składa się na uczelnie i prace, wychodzę z rana a wracam po 22. Zaczyna mnie to tak męczyć, myślałam, że odpocznę na Pyrkonie (byłam pierwszy raz, było zajebiście, super klimat, super ludzie, kocham kocham kocham) ale nie odpoczęłam, bo ciągle coś się działo. (Głównie brak prysznica się dział) I rozpad nastąpił w momencie, gdy już wracałam pociągiem do swojego miasta. Wpadłam na szalony pomysł by zeżreć wszystkie moje tabletki. Gdyby nie jakaś kobieta to pewnie bym to zrobiła. Leków nie biorę tak jak powinnam, bo zapominam w tym natłoku wrażeń, co tez nie działa dobrze na mój umysł. Tak więc wczoraj ubrałam się, pokłóciłam z mamą i wyszłam na miasto. Sama samiutka, z myślami pełnymi śmierci i beznadziejności. Napisałam do jedynej osoby do której mam pełne zaufanie, do jednego z moich profesorów. Zgarnął mnie, potem doszła ekipa z uczelni i tak piliśmy do 1.30 .( A później wracałaś z buta na obcasach przez całe osiedle, starając się nie posikać. Wielkie gratulacje, bo mogłaś dojechać do końca autobusem, zamiast wyłazic za jakims farbowanym wiedźminem) Humor mi się poprawił w tak doborowym towarzystwie, jednak nadal jestem zagubiona jak mały szczeniak. Słysze głosy w mojej głowie, czuję czyjś dotyk na ramieniu. (To ja wariatko) Ludzie patrzą na mnie i wiedzą, że jestem nienormalna. Chociaż dodam, że na Pyrkonie nikt nawet nie zwrócił uwagi na moje blizny na ręce. W zasadzie pełno tam było takich pociętych świrów jak ja, bo ja ich zauważę wszędzie. Mam radar do wykrywania emocjonalnych wraków. I zasadniczo takie tez osoby często przyciągam.
Zawalam uczelnię, ale to nic nowego. Praca mnie zagrzebała po czubek mojego pięknego noska. Chociaż wczoraj sobie ją odpuściłam, takie ze mnie wredne gówno. Ale nie miałam sił nawet się podnieść, a co dopiero iść do pracy. Jedyne na co miałam siłę to na słuchanie muzyki i bawienie się nożem. Jednak spokojnie, wczoraj nic sobie nie zrobiłam. Jedyne co wczoraj spierdoliłam po całości to znajomość z pewnym chłopakiem. Za dużo się martwił, za długo czekał, ostatnimi czasy ciągle znikałam, nie dawałam znaku życia, w pracy nie miałam jak odpisywać, na uczelni zapominałam, że posiadam takie coś jak GG skupiona na zajęciach. Wczoraj się pogodziliśmy po ostatnim moim wybryku, ale powiedziałam, że muszę wyjść i wrócę o 22. Czekał na mnie do 1.00 a ja nawet nie dałam znaku życia. Usunął mnie skąd się dało, nie odpisuje na SMSy. Nie wiem co mam robić i potrzebuje go w swoim życiu. Bez niego umrę i zginę, bez powietrza, bez ciepła zgasnę i zamarznę. On musi wrócić i nie wiem co mam zrobić. Nie mam zielonego pojęcia, jestem taka samotna teraz przez to, gdy jego nie ma. Jestem podłą, wredną suką, ja wiem, że nie zasługuje na nic i skończę jako samotna dziwaczka. Nienawidzę siebie i nic dziwnego, że tak łatwo mnie znienawidzić. Ale muszę to jakoś naprawić, odkręcić, potrzebuję go. Naprawdę bardzo bardzo mi zależy aby go odzyskać. Nie wiem co mnie z nim łączy, ale bez niego moje życie jest puste. Może jestem egoistką że tak myślę, sama nie wiem. Byłam podła ale też trzeba wziąć to pod uwagę, że jak ciągle uczelnia-praca to mam prawo czasem zniknąć by odzyskać oddech. A jak gubię sama siebie to jak mam jeszcze pamiętać, by do niego napisać? Ja w takich momentach zapominam nawet by się odezwać do mamy czy do kogokolwiek. Sama nie wiem. Umieram. Umarłam.